Strażacy z Kołobrzegu gasili pożary lasów we Francji - opowiedzieli jak wyglądała akcja

Iwona Marciniak
Iwona Marciniak
Kołobrzescy strażacy podczas akcji pomocowej we Francji: mł. kpt. Roman Smołuch, ogniomistrz Dawid Pluta i starszy sekcyjny Szymon Hładuń
Kołobrzescy strażacy podczas akcji pomocowej we Francji: mł. kpt. Roman Smołuch, ogniomistrz Dawid Pluta i starszy sekcyjny Szymon Hładuń KPPSP Kołobrzeg
W niedzielę, tuż po godz. 23, przed kołobrzeską siedzibę straży pożarnej zajechał samochód gaśniczy z trzema strażakami z polskiej grupy ratowniczej , która przez ostatni tydzień gasiła pożary lasów we Francji. W sumie, na pomoc Francuzom wyruszyło 146 polskich strażaków. Pojechali 49 specjalistycznymi samochodami. Po zakończonej akcji, kołobrzeską trójkę przywitali ich koledzy po fachu i oczywiście bliscy. Ich dowódca opowiedział nam jak było na tej niezwykłej misji.

We Francji, w okolicach Bordeaux, w ramach międzynarodowej pomocy, działały dwa moduły do gaszenia lasów z ziemi z użyciem pojazdów (GFFFV - Ground Forest Fire Fighting using Vehicles) z województw dolnośląskiego i zachodniopomorskiego. W ramach tego drugiego: mł. kpt. Roman Smołuch, ogniomistrz Dawid Pluta i starszy sekcyjny Szymon Hładuń, wszyscy z jednostki w Kołobrzegu.

Palące się, torfowe jamy, jak pułapki

- Gdy wyjeżdżaliśmy 11 sierpnia, wiedzieliśmy, że tam dokąd jedziemy, pożar pochłania powierzchnię 10 boisk piłkarskich na minutę – zaczął mł. kpt. Roman Smołuch, z którym rozmawialiśmy w poniedziałek. - Jechaliśmy więc tam spodziewając się poważnych, niebezpiecznych działań. Ale gdy byliśmy już na miejsce, spadł delikatny deszcz, który spowodował stłumienie największych zarzewi ognia. W pobliżu miejsc objętych pożarem temperatura w pierwszy dzień sięgała 46 stopni Celsjusza. Było niesamowicie sucho. Dzięki deszczowi, nasze działania polegały przede wszystkim na zabezpieczeniu setek tysięcy drobnych zarzewi ognia. Problem polegał na tym, że w tych lasach, pod warstwą gleby znajdują się podłoże torfowe. Paliło się więc głównie pod ziemi. A torf, to wiadomo – młodszy brat węgla brunatnego, więc to materiał łatwopalny. Wypalał się, podczas gdy na powierzchni wydawało się, że ze ściółką nic się nie dzieje. Robiąc nieostrożny krok, można było wpaść w taką dziurę wypalającego się torfu, w której temperatura sięgała ok. 200 stopni Celsjusza. Łatwo było więc wpaść i się poparzyć. Szliśmy, stukaliśmy przed sobą łopatą i nagle ta łopata w całości znikała w takiej jamie. Naszym zadaniem było przede wszystkim zabezpieczenie miejsc na obwodzie, gdzie las się jeszcze nie zapalił i odizolowanie tych miejsc gdzie występują torfy, które już się palą. Przemierzaliśmy więc kolejne kilometry, szukając ukrytych zarzewi i dogaszając torfy,
Jak opowiada zagrożeniem były też drzewa, mniej stabilne niż w polskich lasach, zważywszy na inną rozbudowę systemu korzeniowego. - Niebezpieczne były drzewa płytko ukorzenione, których korzenie dodatkowo były już spalone, o czym nie wiedzieliśmy, bo drzewo wyglądało na nienaruszone – mówi strażak. - Wystarczył podmuch od śmigła śmigłowca, który zrzucał wodę i takie drzewo padało Czasem wystarczyło nawet oprzeć się o pień. Musieliśmy bardzo uważać.

Dzieci z napisem: merci

Gdy pytamy o to ile godzin zajmowała im praca przy gaszeniu, Roman Smołuch wylicza: - Jakieś 12 – 14 godzin. Pracowaliśmy w dzień, bo nocą, nie znając terenu, moglibyśmy ucierpieć wpadając do takich niewidocznych, gorących jak piekarnik torfowych jam. Ale np. tuż po przyjeździe, mimo późnej pory, część z nas zabezpieczała teren z powodu silnej burzy, bo tam często występują burze z niewielką ilością opadów. Obawiano się, że iskry wytworzą nowe zarzewia ognia. Trzeba było więc pilnować by do tego nie doszło i natychmiast działać w razie potrzeby.
Jak słyszymy, nasi strażacy nie bardzo mieli kontakt z miejscową ludnością. Tam gdzie pracowali spłonęło wcześniej 17 domów, ludność ewakuowano. - Linie energetyczne były tam zamontowane na drewnianych słupach, nie jak u nas na betonowych. Wszystko spłonęło, energii nie było – opowiada strażak. - My odizolowywaliśmy tereny, które jeszcze nie dotknął pożar.
Ale jak się okazuje, nawet w takim miejscu, strażacy doświadczali wdzięczności Francuzów. Zdarzało się, że do ich stanowiska, oddalonego jakieś pół kilometra od wioski, przyszły dzieci. - Widzieliśmy przejeżdżając przez wioskę, że idą w naszym kierunku, trochę zawstydzone, z kartonami z napisem „merci”. Przyszły z cukierkami. To było naprawdę wzruszające.

Mamy dobry sprzęt, jesteśmy świetnie zorganizowani

Polscy strażacy byli na miejscu samowystarczalni. - System GFFFV, moduły gaśnicze, działają tak, że są samowystarczalne przez 2 tygodnie – usłyszeliśmy. - Jedziemy z własnym jedzeniem, łącznością, sztabem. To moduły zabezpieczające wszystko, co jest nam potrzebne. Bo nie chodzi przecież o to, żeby jechać i jeszcze obciążać potrzebujących pomocy, ale żeby być samowystarczalnym w stu procentach.

W miejscu, z którego się rozjeżdżali na tzw. odcinki bojowe, obozowało około tysiąca strażaków. Strażacy z całej Francji, ale też np. z Thaiti, największej wyspy Polinezji Francuskiej. - Sam przylot zajął im 24 godziny – podkreśla nasz rozmówca. Pożary we Francji gasili Austriacy, Niemcy , Rumuni. - Były samoloty gaśnicze z Grecji i Szwecji – słyszymy.

Jak się również okazało, Polacy robili wrażenie nie tylko świetną organizacją, ale i sprzętem: - Bo nasz jest bardzo dobry. Często strażacy innych narodowości przyjeżdżali do nas np. zasilać samochody w wodę. Co ciekawe Francuzi gotowi byli nawet przerabiać swoje łączniki, żeby mogli się podłączać do nas. Ale wiadomo - Polak potrafi. Więc znaleźliśmy inny sposób – daliśmy radę przelewać wodę przez zbiornik od góry, na wolny wylew. Dla odmiany Rumuni mieli dokładnie takie same łączniki jak my, więc im też uzupełnialiśmy wodę. To była fajna, owocna współpraca.

Mimo, że raczej nie działali w nocy, o spokojnym śnie nie było mowy. - W każdej chwili mogliśmy być potrzebni, więc byliśmy czujni.

Teraz mają się wyspać i odpocząć – dostali trzy dni urlopu nagrodowego. Padły już obietnice premii.
Kołobrzescy strażacy od dawna działają we wspomnianym module. Ogniomistrz Dawid Pluta brał już udział w międzynarodowej akcji – gaszenia pożaru lasów w Szwecji.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

iPolitycznie - Ireneusz Zyska - skrót

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na kolobrzeg.naszemiasto.pl Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie